Nepal, EBC Gokyo trek: aklimatyzacja w Namche Bazaar – dzień 5

Dziś dzień odpoczynku. A raczej odpoczynku tylko od ciężkiego plecaka, bo przecież nie będziemy leżeć do góry brzuchem. Przykładem innym trekkersów, którzy szwędają się po okolicy, udajemy się w górę w celu zdobywania dalszej aklimatyzacji. Na noc powrócimy jednak do Namche (3440m).

Nepal, okolice Kumjung - pastwiska jaków Futrzaki wcale nie są tak przyjacielskie na jakie wyglądają   Nepal, okolice Kumjung - pastwiska jaków

Placki jaków

Na dzień dobry wdrapujemy się 400m na okoliczne wzgórza, w stronę wioski Kumjung. Po drodze mijamy pastwiska jaków. A jak jaki, to i suszące się wszędzie jacze kupy. Takich właśnie placków używają do palenia w piecach w himalajskich wioskach. Na terenie parku obowiązuje zakaz wyrębu drzew, a wyżej ich po prostu już nie ma. Jak widać taki jak, to bardzo pożyteczne zwierzę, nie dość, że za transporter służy to jeszcze chałupę ogrzeje.

Po drodze dosłownie na sekundę ukazuje się nam po raz pierwszy Everest, jednak po chwili niebo znowu zasłane jest chmurami.

Nepal, okolice Kumjung

Nepal, okolice Kumjung - everest w chmurach

Everest w chmurach

Nepal, okolice Kumjung

Focimy sporo (pozowane, nawet biegowe fotki), kręcimy filmiki z nordic walking, B jest w siódmym niebie i biega tylko w około ze sprzętem:)) Wreszcie znowu świeci słońce!

Nepal - stretching na łące Nepal - nordic walking

Nepal - nordic walking Nepal - nordic walking

Aktywności wszelkiej maści

Zahaczamy o hotel najwyżej położony w Himalajach – Everest View (3790 m). Hotel sporych rozmiarów, z dala od wioski, jak na razie świeci pustkami (główny sezon trekkingowy zaczyna się tu za 1-2 tygodnie). Ponoć doba kosztuje tu 200 dolców (nie wiem za co..), a pokoje wyposażone są maski tlenowe, dla tych klientów,  którzy wpadają tu np. śmigłowcem, bez uprzedniej aklimatyzacji. Zatrzymujemy się na najtańszą rzecz w menu czyli hot lemon (coś ala nasza oranżadka w proszku tylko zalana gorącą wodą), popularny ciepły napitek tu na treku. Widok ze środka ma niby wyglądać tak, ale jedyne co widać to mleko.

Nepal, Namche Bazar - nordic walking

Nepal, Namche Bazar - nordic walking

Na kolację standardzik: ja – momy (momo = miejscowe pierogi), B – dhal bhat. Dodatkowo dokonuję sprawnej akcji mycia włosów w mini umywalce i 2 bidonach wody. Następnie w takiż sposób dokonujemy “kąpieli” reszty;) Z kąpaniem na treku bywa ciężko, nie dość, że to wcale nie jest tanie (400-500 NPR) to często w spartańskich warunkach i na dworze. Wtedy z wielką pomocą przychodzą mokre chusteczki;) (niezwykle przydatne, na cały trek zużyliśmy ze 4 paczki).

Nepal, Namche Bazar - nordic walking

Chińskie termosy z gorącą herbatą to wieczorny rytuał. Pokoje nie są ogrzewane, jakoś trzeba się więc ogrzać.

100NPR Pokój w hotelu “Tibet”
100NPR Water 1L
195NPR Fried Omlet
265NPR Cheese Fried Omlet
200NPR Tee (small pot)
335NPR Vegetable Momos
395NPR Dhal Bhat with Tarakari (z warzywami)
375NPR Hot Water (Big Pot)
200NPR Ładowanie baterii (2h)

Notatki wyprawy do Everest Base Camp i Gokyo w Himalajach (sumiennie) prowadzone „live”, w czasie wyprawy. Uzupełnione i wrzucone na 42 km and more po powrocie. Więcej na blogu w kategorii Nepal. Aby otrzymać powiadomienie o nowych wpisach zapisz się do „Powiadomienia e-mailem” (po prawej) lub dodaj RSS 42km w swoim czytniku.
Zobacz początek relacji z trasy lub następny odcinek.

Nepal, EBC Gokyo trek: Phakding > Namche Bazar – dzień 4

Rano czuję się wyśmienicie! 200% energii. Uff, to jednak chyba był kac wczoraj;) Przed nami, wg. przewodnika Kurczaba (biblia każdego trekkera z PL), jeden z cięższych dni trekkingu. Około 6h marszu do Namche Bazar (przewidziane na osobę bez bagażu) zakończone ostrym podejściem (ok 2.5h) 600m w pionie.

W drodze do Nache Bazar

Wyjście z Phakding, w tle klasyczna karawana trekkersów.

Droga do Namche Bazar

Startujemy, bez spinki, około 8.30. Naprzeciw Chińczyki już od rana zasuwają z czołówkami przy pakowaniu. Później miniemy ich na podejściu, nie jedyny raz z resztą.

Sagmaratha National Park

Statystyki wejść przy przekraczaniu granicy Parku Narodowego Sagarmatha

W drodze do Nache Bazar

W drodze do Nache Bazar - Duh Koshi

W drodze do Nache Bazar

Trasa coraz piękniejsza, mijamy kolejne wioski, które tu niżej położone są dość gęsto wzdłuż rzeki Duh Koshi (Biała Rzeka). Rzekę przechodzimy parokrotnie po sławnych wiszących mostach linowych. Im większy ruch na moście tym bardziej się buja, zwłaszcza jak przed Tobą idzie dzieciak z bagażem kilkadziesiąt kg.

W drodze do Nache Bazar - Szerpowie

W drodze do Nache Bazar W drodze do Nache Bazar

Do obecności objuczonych tragarzy już się przyzwyczaiłam, choć nie jeden dzieciak jeszcze zrobi na mnie wrażenie! Na ostrym podejściu Blas zagaduje jednego, co ma wyjątkowo duży kosz. 90 kilo! Tyle co jaki noszą.

Rzeczywiście podejście pod Namche Bazar (3440m) jest dobrze strome. Tym bardziej męczące, bo tę część idziemy już w pełnym słońcu.

Namche Bazar

Namche Bazar

W końcu za kolejnym zakrętem wyłania się Namche Bazar. Widok jak zapamiętałam ze zdjęć – miasto w kształcie amfiteatru z hotelikami rozsianymi na skalnych balkonach. To rzeczywiście spore miasteczko, zważywszy na fakt, że każda deska, blacha wykorzystana do budowania, została przyniesiona na plecach jakiegoś portera. Namche oferuje wszelkie atrakcje dla turystów na trasie: irlandzki pub, disko, kino, bilard (stół przyleciał ponoć helikopterem), piekarnia z prawdziwym (!) chlebem i bułkami (1szt, bagatela, 200 rupii czyli 3$). Plus multum stoisk z podróbkami sprzętu terkkingowego i wspinaczkowego. Króluje The North Face. Każdy Szerpa ma obowiązkowo puchówkę NF;)

Namche Bazar - główna ulica

Główna ulica w Namche. Właśnie wytargowałam czapkę.

Kręcimy się trochę w poszukiwaniu restauracji lub lodga. A raczej 2 w 1. Tu wykupując nocleg w lodgu zmuszony jesteś stołować się w tym samym miejscu. Ważne jest, więc by oprócz ceny lodga, sprawdzić też ceny żarcia, bo te znacznie przewyższają nocleg. Wszystko przez to, że całe jedzenie musi zostać tu wniesione. W końcu bierzemy Hotel Tibet, dość duży, ceny też wyższe, ale uznajemy, że to ostatnie luksusy, więc bulimy. Pokój – spoko, jeden z fajniejszych w ogóle, z okna widok na całe Namche.

Namche Bazar - główna ulica Namche Bazar - główna ulica

Kontener na ciuchy po wyprawie na Everest z ’85

Wieczorem wybieramy się do “centrum“, połazić pomiędzy straganami i powydawać trochę kasy. W momencie, gdy komentuję nowy kapelusz B (“w pustyni i w puszczy”), mijają mnie polskie głosy. Poznajemy Marcina i Jacka, którzy są już w drodze powrotnej z EBC. Okazują się niezłymi hardkorowcami! Trasę Lukla-EBC zrobili w 3 dni, gdzie klasyczna rozpiska (ze stopniowym zdobywaniem wysokości) ma ok 10. Chłopaki podróżują po Azji już od 5 miesięcy, zwiedzili kupę miejsc, mieli tysiąc niesamowitych przygód. Wpadamy do nich do lodga na herbatę i garść opowieści. Relacje można przeczytać na ich stronie adventure-hunters.com. Dużo fajnych zdjęć “z życia” + subiektywne opinie autorów;) Relacja z Nepalu (po lewej dodatkowe linki) i szczególnie interesująca relacja z Indii😉 Uff całe szczęście się tam nie wybieramy, coś czuję, że raczej nie spodobałoby mi się tam…

Namche Bazar - Jacek i Marcin

Polish globtroters:) adventure-hunters.com

2x 1000NPR Opłata za wstęp na teren Parku Narodowego Sagarmatha
200NPR Woda na trasie, 2x 1L
100NPR 2x noc, hotel “Tibet”
345NPR Veg. Egg Roll (zawijaniec smażony z warzywami)
295NPR Veg. Roll
395NPR Dhal Bhat with Tarakari (z warzywami)
2x 250NPR Hot Water (Medium Pot)
100NPR Water 1L

Notatki wyprawy do Everest Base Camp i Gokyo w Himalajach (sumiennie) prowadzone „live”, w czasie wyprawy. Uzupełnione i wrzucone na 42 km and more po powrocie. Więcej na blogu w kategorii Nepal. Aby otrzymać powiadomienie o nowych wpisach zapisz się do „Powiadomienia e-mailem” (po prawej) lub dodaj RSS 42km w swoim czytniku.
Zobacz początek relacji z trasy lub następny odcinek.

Nepal, EBC Gokyo trek: Lukla > Phakding – dzień 3

O świcie znowu przedzieramy się przez miasto, tym razem na lotnisko krajowe (tuż obok International). “Załatwiony” z hotelu wcześniej taksówkarz kasuje nas 1000 rupców, co jest strasznym zdzierstwem, bo normalnie można za 3 stówy pojechać. Wciąż uczymy się tutejszych obyczajów.. czyli jak nie dać się wydoić i targować zawczasu.

Kathmandu - widok z hotelu Pilgrim

Widok z naszego “hotelu” Pielgrzym – Katmandu o poranku

Na lotnisku przywitał burdel niesamowity. Wielka hala upchana ludźmi, bagażami, towarami, a nawet żywym inwentarzem. Dookoła z 10 stoisk, każde obsługiwane przez inną firmę przewozową. Tylko która nasza? Poza tym nadal nie jestem pewna czy nasze wczoraj na szybko załatwiane bilety „zadziałąją”. W tym wszystkim błąkają się grupki turystów, co nie wiedzą co ze sobą począć. Szczęśliwy ten, który ma przewodnika, co za niego wszystko załatwi.. Za pierwszym razem odsyłają nas z kwitkiem, że niby później lecimy. Do okienka pchają się wszyscy, jak tylko pojawi się ktoś kto na kierownika wygląda. Nasz system: ja rzucam się na wagę z naszymi plecakami, Blas – do gościa od biletów. Uff. Wreszcie przepychają nas dalej.

Lotnisko w Kathmandu Bajzel na lotnisku krajowym w Katmandu

Lotnisko w Kathmandu

Check-in na samolot Kathmandu-Lukla

Hala odlotów – trochę mniejszy bajzel, kibel za to masakra! Czas się uodpornić na takie widoki… Sam lot Otterem wcale nie taki straszny. Widoki w dole coraz lepsze, mijamy głębokie skalne doliny i szczyty, które wydają się być na naszej wysokości. Lot trwa ok 25 min, czasem trzęsie, albo robi “hopki” w powietrzu, wtedy trzeba mocno mięśnie brzucha ścisnąć i jest ok. Pasażerów (a jest ich aż 10) obsługuje stewardessa, co ledwo może przecisnąć się przez fotele: rozdaje kulki waty, które należy wsadzić do uszu, gdyż lot jest dosyć głośny.

Lotnisko w Kathmandu Lot Kathmandu - Lukla

“Hala odlotów” i już w samolocie

Lądujemy!!! Ostre hamowanie na kultowym lotnisku w Lukli, gdzie pas ma 400m i nachylony jest pod kątem 12st. Wysiadamy w miejscu otoczonym drutem kolczastym i popędzani przez żołnierzy z kałachami w kierunku wyjścia z lotniska. Za płotem natomiast zgraja miejscowych, uwieszonych na owym płocie, wpatrujących się w nas jak w ufo. Poczułam się jak byśmy wylądowali co najmniej w Afganistanie, a nie krainie Szerpów.

Lot Kathmandu - Lukla

Lądowanie w Lukli

Oczywiście okazali się nieszkodliwi, nawet nie tak strasznie nachalni. Odprawiliśmy paru, “we don’t need a guide or porter” i ruszamy przez Luklę, wszędzie stragany ze sprzętem dla trekkersów i obskórne mini budynki. Wreszcie szlak! Zaczynamy naginanie:) Szlaki nie są tu oznaczone. Generalnie podąża się tam gdzie wszyscy, turyści albo Szerpowie z ładunkami, którzy zaopatrują hoteliki na całej trasie do Everest Base Camp.

Trek Lukla - PhakdingTrek Lukla - Phakding - szerpa

Trek Lukla - Phakding Trek Lukla - Phakding

Pierwsze kroki w Himalajach, pierwsze spotkania z Szerpami

W połowie drogi ścieżka kończy się. Strzałka na tabliczce kieruje w górę w las. Idziemy więc ostro w górę słabo wydeptaną ścieżką, za Szerpami. Dochodzimy do skarpy, świeżego urwiska nad rwącą rzeką. Ścieżka, szeroka na 2 buty, prowadzi tuż nad przepaścią, do pomocy można użyć zwisających korzonków. Mam lekki schiz z tym moim 15kg plecakiem.. ale jak te ludziki dymają z tymi tobołami to ja nie wiem..

Trek Lukla - Phakding

Zerwany most w drodze do Phakding, nowy jeszcze nie w użyciu

Okazało się, że most został niedawno zerwany, w czasie ulewy obsunęła się ziemia i zerwała stary, a ścieżynka dookoła urwiska powstała kilka dni temu.

Trek Lukla - Phakding

Ładunki Szerpów (ich waga sięga kilkudziesięciu kilo)

Trek Lukla - Phakding Trek Lukla - Phakding

Pierwsze spotkanie z jakami

Trek Lukla - Phakding

Te jajka podróżują nawet kilka dni, aby turysta mógł się rozkoszować jajecznicą na 5 tyś npm.

Trek Lukla - Phakding Trek Lukla - Phakding Trek Lukla - Phakding

Młynki modlitewne – stały element w himalajskich wioskach.

W miarę szybko dochodzimy do Phakding (2600m, poniżej Lukli 2800m) i bierzemy pierwszy lepszy hotelik (tu zwany lodge). Głowa mnie strasznie napieprza. Nie wiem czy to od wrażeń, lotu, wysokości czy po prostu kac po wczorajszych piwkach w Katmandu.W każdym razie dużo się działo w ciągu ostatnich 3 dni:)))

Trek Lukla - Phakding

Nasz lodge w Phakding

Idziemy jeszcze połazić po okolicy i wypić ostatnie piwo nad rzekę, skoro „aż” tu je wnieśliśmy. Zaraz potem padam na pysk i zasypiam w 3 sekundy.

Kasia & Blas Kasia & Blas

Ostatnie piwo

200NPR Podatek za samolot (dodatkowo płatne na lotnisku)
200NPR Pokój, “Kalapattar“ lodge
250NPR Vegetable Momos (ala nasze pierogi tylko z warzywami)
300 Fried Potato Momos
280NPR Owsianka
200NPR Tibetan Bread & egg
120NPR Kawa, herbata

Notatki wyprawy do Everest Base Camp i Gokyo w Himalajach (sumiennie) prowadzone „live”, w czasie wyprawy. Uzupełnione i wrzucone na 42 km and more po powrocie. Więcej na blogu w kategorii Nepal. Aby otrzymać powiadomienie o nowych wpisach zapisz się do „Powiadomienia e-mailem” (po prawej) lub dodaj RSS 42km w swoim czytniku.
Zobacz początek relacji z trasy lub następny odcinek.

Nepal, EBC Gokyo trek: PL > Kathmandu – dzień 1,2

Jest! Wreszcie w drodze! Po kilku ostatnich dniach pakowania, upychania, uszczuplania bagażu wreszcie wyruszyliśmy! Bagira odstawiona do rodziców będzie się dobrze bawić, choć z pewnością zatęskni za ukochaną pańcią. Ale co zrobisz. Jak bym mogła to bym ją też zabrała:/

Pociągiem ruszamy do stolicy. Jedzie się całkiem przyjemnie, pewnie dlatego, że mamy przedział dla siebie. W Wawce lekkie problemy ze znalezieniem autobusu na lotnisko, ale w końcu trafiamy na właściwy przystanek.  Szybkie zawijanie plecaków w folię Jan Niezbędny (podobna usługa na lotnisku 40 zł) i już nadajemy plecaki, spotkamy się dopiero w Nepalu;) Mam nadzieję, że bez problemów.

Lotnisko Warszawa - pakowanie plecaka

Foliowanie na lotnisku w Warszawie

Na samą podróż do Nepalu niestety musimy poświęcić 1.5 doby. Połączenia między lotami mamy totalnie od czapy… Po kilka godzin czekania przy każdej przesiadce. Pierwsza – Londyn. Dwie godziny lotu, następnie 8h czekania! Nuuuudyyy. Szwędamy się gdzie się da, tochę dookoła lotniska, ale nic ciekawego nie ma. Potem odkrywamy raj sklepowy w strefie odlotów i tylko wchłaniamy z nudów słodycze.

Lotnisko London Heathrow

Długie oczekiwanie – lotnisko London Heathrow

Lot do Delhi trwa ok 8h. Całkiem jest przyjemnie, samolot (British Airways) ok, każdy ma swoje TV, więc oglądamy filmy albo śpimy przez całą drogę. Podają jedzenie już w klimatach azjatyckich, bliżej niezidentyfikowane papki i wszystko przyprawione masalą. Blas jest w 7 niebie! Do Delhi dolatujemy z samego rana i zaspani gramolimy się na kolejne lotnisko w poszukiwaniu miejsca do przeczekania.

Lotnisko w Delhi okazuje się być bardzo przyjemne. Olbrzymie, długie hole wyłożone wszędzie dywanami (w indyjskie wzory), pełno miejsc do kimania, mało ludzi. Znowu zwiedzamy w kółko co się da, pijemy mango lassi (z pewną obawą już o miejscowe bakterie) i lokujemy się na leżankach. Jeszcze tylko kilka godzin wytrzymać!

Lotnisko Dehli - odpoczynekLot Dehli - Kathmandu

Lotnisko w Delhi – Błażej zapoznaje się z planem naszych wakacji. Pierwsze indyjskie żarełko.

W końcu po 5h czekania i 2.5h lotu lądujemy u celu. Katmandu. Plecaki szczęśliwie całe też są, choć worki nieźle poszarpane. No, to teraz możemy zaczynać! Na dzień dobry kolejka do wizy (20 dolców od osoby). Mnie się przypomniało, że zapomniałam zrobić zdjęć w domu. Ale nie ma problemu – juz pan z budki zaprasza. W 30 sekund i 300 rupii mam 2 zdjęcia, które nie wiedzieć komu i czemu są potrzebne, bo zaraz i tak utoną w stosie papierków u urzędnika w okienku. Oczywiście do okienek mega kolejki. W około sporo trekkersów, po rozmowach słychać, że wcale nie jesteśmy tacy oryginalni z trasą do Everest BC, bo co druga osoba właśnie zmierza w tamtym kierunku;)

Po załatwieniu wszelkiej papierkologi wreszcie wpuszczają nas do Nepalu! Przed lotniskiem dziki tłum miejscowych, taksówkarzy i naganiaczy do hoteli. Od razu można się poczuć jak w zupełnie innym świecie: dookoła czarne “gęby”, ogólny bajzel, trąbiące auta. Taki onieśmielony turysta, prosto z samolotu, z plecakiem od razu równa się cel: kasa. Wdaję się w gadkę z jednym kolesiem co nagania do hoteli, wybieramy jeden na chybił-trafił, “Pielgrzym” za 10 dolców. Płacimy mu z góry kasę, nagle zjawia się inny koleś, prowadzi nas do innego kolesia, który ma nas zawieźć swoją pseudo-taxą do hotelu. Wszystko w kilka minut “załatwione”. Takiego “załatwiania” na słowo honoru, jak się później przekonamy, jest tu pełno na każdym kroku. Kathmandu, Thamel by night

Droga do dzielnicy Thamel, w której znajduje się większość hoteli, zasługiwałaby na oddzielny wątek. Kierowcy jeżdżą tu bez żadnych reguł i zasad. Na ulicach morze pojazdów: auta, skutery, rowery, ryksze. Smród spalin straszny, większość na skuterach czy rowerach ma na twarzach maski. Pojazdy mijają się na centymetry, wydawało by się, że zaraz jakiś nas przyszoruje, ale o dziwo nic takiego się nie dzieje. Aha, no i klaksony. Non stop. Na wszystko. Mijamy zakątki miasta, gdzie raczej turyści nie spacerują: pełno śmieci na poboczach, rudery, sypiące się chałupy, rzeka tonąca w śmieciach. Z tego wszystkiego chyba zapomnieliśmy dokumentacji foto;)

Kathmandu, Thamel by night

Kathmandu, dzielnica turystyczna Thamel, by night

Docieramy do “Pielgrzyma”, wszystko już na nas czeka “załatwione”. Pokój może być, chociaż beton w łazience pod prysznicem to nie szczyt luksusu jak się bierze ostatni prysznic;) Pan kierownik podpytuje czy wybieramy się na trek i czy nie potrzebujemy przypadkiem biletów albo pozwolenia na trekking, bo jak tak to on wszystko załatwi natychmiast. Oczywiście, podłapuję gadkę bo wizja wylotu do Lukli dzień wcześniej jest kusząca! Zaraz zjawia się koleś, co nas prowadzi do innego kolesia do agencji trekingowej, gdzie “załatwią” nam wszystko: kartę TIMS (pozwolenie na trekking) i bilet na jutrzejszy samolot. I tu na słowo honoru zostawiamy 600$ (wszystko za 2 osoby, straaaasznie przepłaciliśmy, co najmniej 50$), a bilety przyniosą nam wieczorem do hotelu. Hmm, no cóż. Chyba nie mamy wyjścia.

Kathmandu - wystawna kolacja przed trekiem

Ostatnia wieczerza (i alko) przed trasą

Idziemy więc w miasto pozałatwiać ostatnie drobiazgi, skoro jutro z rana zaczyna się nasz trek! Przede wszystkim gotówka, którą wyciągamy partiami. Potrzebujemy gotówki na ponad 2 tygodnie, bo bankomatu prawdopodobnie nie spotkamy. Blas obkupuje się jeszcze w miejscowe podróby: kijki (beznadzieja,ciężkie i jak się potem okazuje, nie do pary) i czapkę oraz 16 Snickersów.

Łazimy trochę po wąskich i hałaśliwych uliczkach w poszukiwaniu knajpy, ale wszędzie panuje straszny harmider i hałas, łatwo się zgubić bo każda wygląda tak samo. Wracamy do naszego “hotelu”, gdzie jest całkiem miły skwerek z restauracją na dworze, na ostatnią porządną kolację. Piwkujemy sporo, Blas zjada chyba z 6 chapati (placki na ciepło ala tortilla), ja zjadam jego dhal bhat (potrawa nepalska z ryżu, warzyw i zupy soczewicowej) bo nie wiedzieliśmy, które zamówienie jest które. W czasie kolacji rzeczywiście zjawia się koleś z naszymi biletami i kartami. Wylot – 9.00 rano!

Poniżej wydatki, jakie zanotowałam. Będę je dodawać pod każdym wpisem. Być może przydadzą się komuś, kto dopiero zmierza do Nepalu (sezon wiosenny 2012 już za kilka miesięcy!!).

Przelicznik (w przybliżeniu): 200 NPR = 3$ = 10 zł.

10$ Pokój, hotel “Pilgrim”
2×300$ Bilety do Lukli + karty TIMS
1400NPR Kolacja (2x dania, dodatkowe chapati, 3x piwo 0.6L)
150NPR Czapka
2000NPR Kijki do nordika
16x55NPR Snickersy sztuk 16

Notatki wyprawy do Everest Base Camp i Gokyo w Himalajach (sumiennie) prowadzone „live”, w czasie wyprawy. Uzupełnione i wrzucone na 42 km and more po powrocie. Więcej na blogu w kategorii Nepal. Aby otrzymać powiadomienie o nowych wpisach zapisz się do „Powiadomienia e-mailem” (po prawej) lub dodaj RSS 42km w swoim czytniku.
Zobacz początek relacji z trasy lub następny odcinek.

Powrót do rzeczywistości

Powiem krótko: bolesny.

Wyjeżdzaliśmy – były jeszcze wakacje (dla niektórych), ciepełko, wielkie oczekiwanie. Wróciliśmy – deszczowo, zimno, ciemno z rana.Tyle marudzenia. Bo jak by się rozpisać, to nie skończę dziś;) Skupmy się zatem na pozytywach jakie możemy wynieść z wyjazdu;)

Jak było? Wspaniale, różnorodnie, czasem ciężko, czasem śmiesznie, czasem strasznie. I zimno. Ciągle coś się działo. Blas prowadził na bieżąco krótką relację dla naszych rodzinek i znajomych na blipie:  blas.blip.pl za pomocą SMSów (nie autoryzowanych przeze mnie). Niestety nie dało się prowadzić relacji „live” na blogu. No może dało by się, ale wymagało by to dodatkowych, pewnie nie małych, nakładów rupii oraz dodatkowego kilograma na netbooka w plecaku. Z komórki jak widać słabo idzie blogowanie!

Himalaje, Everest BC

W drodze do EBC z Gorak Shep

Od dziś można spodziewać się na 42km sporej ilości zdjęć z moi w roli głównej.. Z góry uprzedzam wrażliwych na „samouwielbienie” Nic na to nie poradzę…. bo zdjęcia są SUPER!!

A zdjęć mamy sporo. Z 1.5 tysiaka. Byłoby więcej, ale dysk padł po drodze i trzeba było selekcję już na miejscu prowadzić.  Póki co wszystkie przepadły przede mną w czeluściach dysku B… Mam nadzieję, że je jeszcze kiedyś zobaczę… Na długi weekend planuję zrobić wirtualny „come back” do Nepalu. Do tej pory jakoś nie miałam odwagi;)

Himalaje, okolice Namche Bazar, Kumjung

Wycieczka aklimatyzacyjna na lekko. Okolice Namche Bazar, Kumjung.

Ja robiłam notatki z podróży w sposób tradycyjny (jak to zwykli robić prawdziwi himalaiści;))), na papierze, w postrzępionym notesie odchudzonym o okładkę. Notatki spisywałam niemal codziennie, do czasu aż mi się znudziło, czyli kilka dni przed końcem. Sukcesywnie zamierzam owe głębokie przemyślenia przelać tu na bloga właśnie, zachowując daty i chronologie wydarzeń, tak, że jak ktoś może kiedyś przeczyta moją relację to coś przydatnego wyniesie.

Himalaje, Everest BC trek

Kontemplacja

Co aktualnie słychać w świecie biegowym? Moim biegowym małym świecie. Ano nic. Wielkie NIC. Null. Od powrotu nie wykonałam żadnej aktywności fizycznej poza klikaniem myszą w kompa:/ Normalnie mi się nie chciało. I dalej się nie chce. Aktualnie czekam na natchnienie, aby ruszyć się z domu i COŚ zrobić aby nie skończyć na zawsze tak:

leń - Couch potato

Couch potato czyli pospolity leń (źródło)

Chyba brakuje mi celu.. Podejrzewam, że nie tylko mnie takie dylematy dotyczą. Wielu z Was ma przecież za sobą intensywnie przebieganą jesień. Maratony, Wrocław, Warszawa, Poznań. Oj działo się. Czytam uważnie na blogach i zazdroszczę podziwiam  Wasze sukcesy!!! Na koniec jeszcze chciałam podziękować za przemiłe słowa przed i w trakcie wyprawy:))) Fajnie było Wasze wpisy na takim zadupiu poczytać, gdy od 2 dni siedzieliśmy w lewym Starbucksie (jedyne miejsce z darmowym wi-fi) oczekując na poprawę pogody i samolot powrotny!