XXXI Maraton Wrocławski, czyli jak na rollercoasterze

Jest wtorek po Maratonie. Właśnie wróciłam z lekkiej 4 km przebieżki z koleżanką. Patrzę na Garmina i mój niedzielny wyczyn i normalnie nie wierzę. Tempo 5:43 min/km na 42.4 kilometrach! JA jestem w stanie TAKIE tempo utrzymać przez TYLE km?! Ja tyle to ja do niedawna na chodnikowej 8-ce miewałam i nazywałam to tempo run. Nie-sa-mo-wi-te!

Gorzej być nie może?

Ale od początku. Rano obudził mnie budzik o 6, całkiem luźno wstałam i na autopilocie: banany, owsianka, kawka, ubranie, spacer z psem, auto i kierunek Olimpijski. Po czwartkowej panice, radach dobrych ludzi, tych dobrych i tych całkiem głupich, wiedziałam już, że stanę na starcie. Choćby się waliło i paliło, to na Olimpijski jadę. Tego, że przebiegnę, w dodatku z życiówką (do pobicia czas 4:54 z 2008 roku) byłam pewna. To dało mi pewność siebie i spokój w niedzielny poranek. Miałam co prawda z tyłu głowy marzenie o 3:59, ale nie za cenę kontuzji kolana. Jak by mało było przeciwności losu, Maraton wypadał w najbardziej fatalnym dniu miesiąca jaki dziewczynę może spotkać:/ Tego już było za wiele! Plan był prosty: startuję na wynik <4h i trzymam go tak długo jak się da. Jak się nie da, trudno. Po to też konieczny był Garmin, bo tempa serio trzeba pilnować od samego początku, non stop.

Na starcie w sumie wszystko tak szybko się działo, idealnie zgrałam to w czasie, żeby oddać rzeczy do depozytu, zaliczyć TT i ustawić się na starcie. Do balonów na 4:00 nie dopchałam się, ale też nie chciałam dodatkowej presji, jak bym chciała się ich utrzymać, więc olałam.

gazetawroclawska2Start z bramy na Stadionie Olimpijskim (fot. gazetawroclawska.pl)

Gdzie jest taxi?

Euforia i wzruszenie po starcie szybko minęły. Pozostało tylko klepanie asfaltu. Nie powiem, nie były jakieś szczególnie wygodne te pierwsze km, ale też nie panikowałam i czekałam aż się rozkręcę (moja rozgrzewka miała jakieś 500m). Mijają pojedyncze kilometry. Wolno. Przynajmniej w mojej głowie, bo tempa pilnuję. Jak się zamyślę to spada do 6 z hakiem. Czuję, że ludzie mnie wymijają, ale staram się nie przejmować. „Spokojnie Panowie, mamy jeszcze 37km przed sobą!” Ja dalej czekam na właściwy rytm, a tu wielkie G! Kolano pobolewa, ale umiarkowanie. Na 15-km nogi mnie już bolą całe, nudzi mi się, jestem zmęczona i chcę do domu. Pada deszcz. Łapię doła, że mi się strasznie biegnie, że wszystko boli, a nawet nie ma połówki. Perspektywa dalszych kilometrów dobija mnie! Na 20-tym planuję zejść z trasy, jak dobiegniemy do centrum, gdzie będę w stanie znaleźć postój taxówek. Serio.

gazetawroclawska1Plac Jana Pawła II (fot. Piotr Buga)

„Wake me up, when it’s all over”

Na 15-tym km włączam muzę. Zazwyczaj robię to co najmniej w drugiej połówce zawodów, ale tym razem potrzebowałam czegokolwiek , co mnie wyciągnie z czarnej dupy, w której byłam (okolice Stadionu). Cały czas sobie wmawiałam, że biegnę tylko do centrum. Nudy. Powoli zaczynam rozmyślać, o tym co będzie jak zejdę i co mnie najbardziej uderzyło to myśl, że ten cholerny Maraton mnie znów pokona. A co najgorsze, że będę się znów musiała z nim zmierzyć!  O nie!!! Tylko nie to. Powoli zaczyna mi świtać, żeby może jednak odbębnić ten maraton. Jakkolwiek. Na zaliczenie…

Muza też robi swoje. Każde moje większe zawody mają jakąś piosenkę przewodnią. Tym razem to hicior Avicii „Wake Me Up”. Refren szczególnie pasuje mi do sytuacji. Dobiegamy do centrum, coraz więcej ludzi, co bardzo cieszy. Nie słyszę co krzyczą, ale widzę jak się uśmiechają. Wreszcie znajome ulice, którymi jeździło się setki razy, Biegniemy na Krzyki, czyli moje rejony. Kilometry uciekają spod stóp. Kolejni mijani zawodnicy też. A ja zaczynam czuć ten groove wreszcie! Łomatko, po 20-tu paru kilometrach ja się rozkręcam?!!!! Chyba jakaś nienormalna jestem!

piotr_bugaGrzieś na Legnickiej pogrążona w czarnych myślach (fot. Piotr Buga)

Runners high

Frunę. Autentycznie, mam momenty na takim haju, jakbym się najarała czegoś zielonego, i to w sporej ilości. Smile na twarzy chyba mi się schodzi. Momentami sama siebie hamuję, jak mi tempo za bardzo wzrasta, bo przecież dobrze wiem, że runners high nie trwa wiecznie, a już na pewno nie do samej mety! Mijam same znajome miejsca, sporo ludzi, wyprzedzam cały czas, co daje jeszcze większego kopa. Okolice rynku. Ludzie powoli schodzą rozmasować nogi, albo maszerują. Kusi, ale jestem już tak blisko i chcę mieć to jak najszybciej z głowy! Nieśmiało lukam na zegarek i przeliczam. Kurcze, wiem, że będę blisko <4h, ale do mety zostało jeszcze 4 km, a ja nie dam już rady biec po 5:00min/km przez tyle. Wiem jednak, że wynik będzie blisko 4 i rozpiera mnie szczęście!

Maraton Wroclaw 2013 meta homer biegnie

Widzicie to podobieństwo?! (źródło: maratonczycy.com)

Mam to!

Na ostatnim wodopoju po raz pierwszy przechodzę do marszu, żeby zrobić parę łyków. Nogi napier^&*ą!!! Zrywam się od razu do biegu, bo się boję, że później już nie będę w stanie. Mijam biednych ludzików w marszu, a sama cieszę, się że dla mnie Maraton zakończy się biegiem.

kasia_after_maraton4

Never never give up! (fot. Paweł Szotek)

Wpadam na metę! Mega szczęście! Po 5-ciu latach od pierwszego Maratonu wreszcie jestem tu znowu i to w jakim stylu! Jestem z siebie dumna!

Od połówki wyprzedziłam 550 osób, do połówki mnie wyprzedziło 100. Druga połówkę zrobiłam szybciej o 2.5 minuty. Miejsce K30: 34/112, K: 119/443.

miedzyczasy-MWr

kasia_after_maraton2

Kasia vs Maraton: 1:1

Czwartek przed Maratonem

  1. Zorientowałam się, że plejer jest jednak nadal zepsuty.
  2. Kolano napieprza od poniedziałku, wcale nie przechodzi.
  3. Dziś rano apogeum nieszczęść: Garmin umarł.

Czy może być lepiej?!

Po ostatnim długim wybieganiu coś zaczęło mnie w środku lewego kolana boleć. Myślałam, że samo przejdzie, a tu nic. Boli nawet podczas wciskania sprzęgła.

Od wczoraj mrożę. Dziś rano kontrolna przebieżka 4km – z bólem. I bez Garmina, bo już nie odpalił. Fak! Tyle lat się nic nie działo, a tu masz!

Totalnie uleciała mi radosno-ekscytująco atmosfera przed wielkim niedzielnym wydarzeniem. Pozostała tylko nerwowość. I pytanie: co robić? Biec? Biec na luzie? A jak się coś poważniejszego stanie? Porada typu „zawsze możesz zejść”, też bez sensu raczej, bo zejdę z trasy i co? Jak dostać się na metę? Przecież nikt mnie nie zawiezie. Myślałam o tym żeby pobiec choćby część i w razie W odbić do domu, ale okazało się, że trasa biegnie dokładnie odwrotnie niż 5 lat temu i do domu było by nieco daleko.

coldpack

Co ja mam zrobić?

* 42kmandmore to nie miejsce na wylewanie żali, ale musiałam to wyrzucić z siebie. Nadal mam cichą nadzieję, że przejdzie a garmin jednak odżyje.

Gazpacho, czyli pomidoroza na surowo

Pomysł na gazpacho (zupkę czy może sok?) znalazłam na blogu Się przypaliło Agaty i Filipa po mojej pierwszej wizycie w Machina Organika (polecam we Wrocławiu!). Zaserwowano nam właśnie gazpacho na pierwsze danie. Smakowało obłędnie i mega świeżo! Nie mogłam nie spróbować powtórzyć go w domu! Tym bardziej, że aktualnie mamy sezon na pomidory Lima (wg mnie najlepsze na świecie!!!) i w lodówce zawsze jest ich pod dostatkiem.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym go nieco nie zmodyfikowała, tak żeby ułatwić sobie życie:) Przepis Agaty szybki, ale nie podobało mi się obieranie pomidorów, więc wrzuciłam ze skórami dla testu i wyszło git! Trzeba tylko faktycznie dłużej miksować, żeby uzyskać gładką konsystencję.

Co porzebujemy?

  • pomidory 1-1.5 kg
  • ogórek
  • 0.5 małej papryki
  • 0.5 małej cebuli
  • 1-2 łyżki oliwy
  • przyprawy: papryka, sól, pieprz

Gazpacho to niby zupa, ale ja serwuję sobie normalnie w kubku jako dodatek np do kanapki, wafla ryżowego albo obiadu. Co nie wypiję od razu (mocno sycące → multum błonnika), chowam do lodówki i tak sobie może stać i przegryzać się.

gazpacho - surowa pomidoroza  gazpacho - surowa pomidoroza

Gazpacho jest letnią wersją tak przeze mnie uwielbianej pomidorozy

1609

Do Maratonu Wrocławskiego pozostało 7 dni. Na mieście też jakby większe poruszenie masy biegowej, wszyscy szlifują końcówkę formy na wielki dzień. U mnie wręcz przeciwnie;P

Mój piękny 5 tygodniowy plan niestety spalił na panewce – nie wiem czy robię choć 50% tego co tam piszą. Przeprowadzka i inne Ważna Sprawy mocno uprzykrzyły mi życie ostatnio i pożarły resztki wolnego czasu kosztem treningu biegaczkowego.  Może to i dobrze, bo biegać to mi się ostatnimi czasy totalnie nie chce! Tzn, krótsze biegi tak, tempa albo interwały też ok, wszystko co ma do 10km i można pobiec szybko to fajnie. Wszystko co powyżej – nuuuuudaaaa! A długie wybieganie to już skaranie boskie! Na szczęście gdzieś tam mam  już zakodowane, że long run w niedzielę rano musi być i w sumie tylko jeden weekend olałam, aczkolwiek 30-stki (OMG!) nie powtórzyłam;)

Dziś było ostatnie dłuższe wybieganie. 18 km. Dupy nie urywa, ale odfajkowane i to jest najważniejsze:) Nawet się poopalać można wreszcie było:) Od teraz regeneracja. Laba. Planuję:

  • spać minimum 8h!!!! Koniecznie, strasznie niedospana jestem ostatnio.
  • nie pić codziennie, ani co 2-gi dzień wina. Zero. Null. Do niedzieli.
  • woda, woda, WODA!!!!
  • soczki buraczkowe
  • nie zrobić sobie krzywdy na jodze (kolana!)
  • mądrze jeść
  • kupić żele, bo ktoś mi rąbnął te co sobie wcześniej kupiłam!

42kmandmore-keep-calm-maraton

Do zobaczenia na starcie!

* biegnę z numerem 1609. Krzyknij, jak będę zamulać na trasie!