XXXI Maraton Wrocławski, czyli jak na rollercoasterze

Jest wtorek po Maratonie. Właśnie wróciłam z lekkiej 4 km przebieżki z koleżanką. Patrzę na Garmina i mój niedzielny wyczyn i normalnie nie wierzę. Tempo 5:43 min/km na 42.4 kilometrach! JA jestem w stanie TAKIE tempo utrzymać przez TYLE km?! Ja tyle to ja do niedawna na chodnikowej 8-ce miewałam i nazywałam to tempo run. Nie-sa-mo-wi-te!

Gorzej być nie może?

Ale od początku. Rano obudził mnie budzik o 6, całkiem luźno wstałam i na autopilocie: banany, owsianka, kawka, ubranie, spacer z psem, auto i kierunek Olimpijski. Po czwartkowej panice, radach dobrych ludzi, tych dobrych i tych całkiem głupich, wiedziałam już, że stanę na starcie. Choćby się waliło i paliło, to na Olimpijski jadę. Tego, że przebiegnę, w dodatku z życiówką (do pobicia czas 4:54 z 2008 roku) byłam pewna. To dało mi pewność siebie i spokój w niedzielny poranek. Miałam co prawda z tyłu głowy marzenie o 3:59, ale nie za cenę kontuzji kolana. Jak by mało było przeciwności losu, Maraton wypadał w najbardziej fatalnym dniu miesiąca jaki dziewczynę może spotkać:/ Tego już było za wiele! Plan był prosty: startuję na wynik <4h i trzymam go tak długo jak się da. Jak się nie da, trudno. Po to też konieczny był Garmin, bo tempa serio trzeba pilnować od samego początku, non stop.

Na starcie w sumie wszystko tak szybko się działo, idealnie zgrałam to w czasie, żeby oddać rzeczy do depozytu, zaliczyć TT i ustawić się na starcie. Do balonów na 4:00 nie dopchałam się, ale też nie chciałam dodatkowej presji, jak bym chciała się ich utrzymać, więc olałam.

gazetawroclawska2Start z bramy na Stadionie Olimpijskim (fot. gazetawroclawska.pl)

Gdzie jest taxi?

Euforia i wzruszenie po starcie szybko minęły. Pozostało tylko klepanie asfaltu. Nie powiem, nie były jakieś szczególnie wygodne te pierwsze km, ale też nie panikowałam i czekałam aż się rozkręcę (moja rozgrzewka miała jakieś 500m). Mijają pojedyncze kilometry. Wolno. Przynajmniej w mojej głowie, bo tempa pilnuję. Jak się zamyślę to spada do 6 z hakiem. Czuję, że ludzie mnie wymijają, ale staram się nie przejmować. „Spokojnie Panowie, mamy jeszcze 37km przed sobą!” Ja dalej czekam na właściwy rytm, a tu wielkie G! Kolano pobolewa, ale umiarkowanie. Na 15-km nogi mnie już bolą całe, nudzi mi się, jestem zmęczona i chcę do domu. Pada deszcz. Łapię doła, że mi się strasznie biegnie, że wszystko boli, a nawet nie ma połówki. Perspektywa dalszych kilometrów dobija mnie! Na 20-tym planuję zejść z trasy, jak dobiegniemy do centrum, gdzie będę w stanie znaleźć postój taxówek. Serio.

gazetawroclawska1Plac Jana Pawła II (fot. Piotr Buga)

„Wake me up, when it’s all over”

Na 15-tym km włączam muzę. Zazwyczaj robię to co najmniej w drugiej połówce zawodów, ale tym razem potrzebowałam czegokolwiek , co mnie wyciągnie z czarnej dupy, w której byłam (okolice Stadionu). Cały czas sobie wmawiałam, że biegnę tylko do centrum. Nudy. Powoli zaczynam rozmyślać, o tym co będzie jak zejdę i co mnie najbardziej uderzyło to myśl, że ten cholerny Maraton mnie znów pokona. A co najgorsze, że będę się znów musiała z nim zmierzyć!  O nie!!! Tylko nie to. Powoli zaczyna mi świtać, żeby może jednak odbębnić ten maraton. Jakkolwiek. Na zaliczenie…

Muza też robi swoje. Każde moje większe zawody mają jakąś piosenkę przewodnią. Tym razem to hicior Avicii „Wake Me Up”. Refren szczególnie pasuje mi do sytuacji. Dobiegamy do centrum, coraz więcej ludzi, co bardzo cieszy. Nie słyszę co krzyczą, ale widzę jak się uśmiechają. Wreszcie znajome ulice, którymi jeździło się setki razy, Biegniemy na Krzyki, czyli moje rejony. Kilometry uciekają spod stóp. Kolejni mijani zawodnicy też. A ja zaczynam czuć ten groove wreszcie! Łomatko, po 20-tu paru kilometrach ja się rozkręcam?!!!! Chyba jakaś nienormalna jestem!

piotr_bugaGrzieś na Legnickiej pogrążona w czarnych myślach (fot. Piotr Buga)

Runners high

Frunę. Autentycznie, mam momenty na takim haju, jakbym się najarała czegoś zielonego, i to w sporej ilości. Smile na twarzy chyba mi się schodzi. Momentami sama siebie hamuję, jak mi tempo za bardzo wzrasta, bo przecież dobrze wiem, że runners high nie trwa wiecznie, a już na pewno nie do samej mety! Mijam same znajome miejsca, sporo ludzi, wyprzedzam cały czas, co daje jeszcze większego kopa. Okolice rynku. Ludzie powoli schodzą rozmasować nogi, albo maszerują. Kusi, ale jestem już tak blisko i chcę mieć to jak najszybciej z głowy! Nieśmiało lukam na zegarek i przeliczam. Kurcze, wiem, że będę blisko <4h, ale do mety zostało jeszcze 4 km, a ja nie dam już rady biec po 5:00min/km przez tyle. Wiem jednak, że wynik będzie blisko 4 i rozpiera mnie szczęście!

Maraton Wroclaw 2013 meta homer biegnie

Widzicie to podobieństwo?! (źródło: maratonczycy.com)

Mam to!

Na ostatnim wodopoju po raz pierwszy przechodzę do marszu, żeby zrobić parę łyków. Nogi napier^&*ą!!! Zrywam się od razu do biegu, bo się boję, że później już nie będę w stanie. Mijam biednych ludzików w marszu, a sama cieszę, się że dla mnie Maraton zakończy się biegiem.

kasia_after_maraton4

Never never give up! (fot. Paweł Szotek)

Wpadam na metę! Mega szczęście! Po 5-ciu latach od pierwszego Maratonu wreszcie jestem tu znowu i to w jakim stylu! Jestem z siebie dumna!

Od połówki wyprzedziłam 550 osób, do połówki mnie wyprzedziło 100. Druga połówkę zrobiłam szybciej o 2.5 minuty. Miejsce K30: 34/112, K: 119/443.

miedzyczasy-MWr

kasia_after_maraton2

Kasia vs Maraton: 1:1

Reklamy

XIV Półmaraton Wałbrzych

XIV polmaraton walbrzych

Połówka w Wałbrzychu potwierdziła doskonałą formę pod Maraton Wrocław:) Jednak nie tak znowu doskonałą, żeby zrobić kolejną życiówkę, na którą po cichu liczyłam. Chyba zabrakło mi trochę motywacji, żeby nieco mocniej przycisnąć na tych wałbrzyskich górkach. Trasa mi się ogólnie podobała, mocno urozmaicona (górki, kostka, Rynek), trzy pętelki po 7 km z ok 1-kilometrowym podbiegiem na każdym z nich. Nie powiem, ostatni dał mi popalić! Oczywiście jak są podbiegi, to i zbieg  także był! Też około kilometrowy, przyjemnie zacieniony, dość stromy, na tyle, że toczyłam się w dół po 4 min/km:) MEGA!!! Do dziś czuję nogi i to pewnie właśnie z tego szalonego zbiegania i 3-metrowych susów (w mojej głowie tak wyglądały!).

Mój czas na mecie: 1:55:43 h (35 sek zabrakło do rekordu!)

Trasa podobna jak w Rybniku. Podobnej wielkości miasteczko, przebieg przez centrum miasta i Rynek, 3 kółka. Jedyna różnica to słońce, które tym razem skutecznie zagrzewało do boju. Na stronie organizatora brakowało informacji o profilu trasy Wałbrzyskiego Półmaratonu, więc wrzucam poniżej, może się komuś kiedyś przyda. Według tracka jaki znalazłam na endomondo wyszło 636m przewyższenia w górę.

Profil trasy pólmaratonu wałbrzychProfil trasy w Wałbrzychu – całkiem całkiem te górki:)

Trasa pólmaratonu wałbrzych

Atmosfera na after party super, bardzo podobna jak w Grodzisku na półmaratonie: na rynku duża strefa kibica, pajdy chleba ze smalcem i wielkie ciasta drożdżowe. Zabrakło niestety złotego trunku w plastikowych kufelkach. Na szczęście w Wałbrzychu monopoli nie brakuje;P Toyoty Aygo niestety nie wygrałam, ciut szczęścia zabrakło, tak jak i 999-ciu innym biegaczom, którzy zostali na losowaniu. Może za rok się uda!

XIV polmaraton walbrzych XIV polmaraton walbrzych

„Zieeeew! No ileż można tak biegać i biegać w kółko! Daj se siana, pańcia!”

XIV polmaraton walbrzych XIV polmaraton walbrzych

„Wreszcie nagroda! Tłuściutki smalczyk* zaraz po biegu!”

XIV polmaraton walbrzychStrefa biegacza na Rynku

XIV polmaraton walbrzychAch ten finisz!

* swoją droga to kto to wymyślił ten smalczyk dla biegaczy to ja naprawdę nie rozumiem! Oliwką to ja się mogę posmarować po opalaniu na trasie, ale nie zjadać!

Maraton Karkonoski po raz pierwszy!

… i na pewno nie ostatni!!!

Meta - Maraton Karkonoski

Wreszcie emocje nieco ostygły i mogę na spokojnie zebrać nieco faktów do kupy i spisać relację z tego, chyba najważniejszego dla mnie w tym roku, biegowego wydarzenia.

Poranek wyścigu przywitał nas przepięknym słońcem już o godzinie 5 rano, można się więc było spodziewać niezłego hardkoru w południe. Dodatkowo obudził mnie lekki skręt kiszek, raczej z nerwów, bo reszcie dotarło do mnie GDZIE jestem i NA CO się porywam! Jakoś wcześniej o tym za bardzo nie myślałam;)

Na śniadanie przyszłego mistrza poleciał banan z płatkami i mlekiem sojowym, niby to co zawsze, ale ciężko przez gardło przechodziło. Cały rynsztunek przygotowałam dzień wcześniej, wystarczyło tylko rano wskoczyć w ciuchy, poupychać wszelkie biegowe wynalazki i tak na pasie zawisł mi ponad kilogramowy dodatkowy bagaż. Ups! Ciężko!

Maraton Karkonoski

Na starcie odwaliłam prowizorka rozgrzewki, przecież i tak się rozgrzeję 10 razy na początkowym podejściu. Szybkie buzi buzi, gadu gadu i już zapraszają na start. Reszta pcha się do przodu, ja mam czas i cały dzień, żeby ewentualnie wyprzedzać, więc ustawiam się kontrolnie z tyłu;)

42kmandmore-20130803-0705P1000774-800pxBlas ma ambitny plan, ledwo w miejscu może ustać!

42kmandmore-20130803-0707P1000776-800pxStart przy stacji kolejki na Szrenicę

42kmandmore-20130803-0709P1000778-800pxOstatnia szamka przed startem

3! 2! 1! Staaaart! I ruszyli mozolnie w górę! Rzeka biegaczy (bagatela 660 stęsknionych słońca!) pnie się w górę pod wyciągiem ku grani. Stresik jakby nie odpuszcza i przekonuje sama siebie, jaki to piękny dzień na całodniową wycieczkę po górach. Szlak mi dobrze znany z wycieczek z Bagirą, pamiętam jak tu nieraz drałowała. No skoro futrzak dał radę, to nie może być aż tak stromo. Rzeczywiście, da się truchtać lekko w gore. Powyżej schroniska pod Łabskim Szczytem robi się nieco stromiej, dodatkowo wreszcie zaczyna się prawdziwe opalanie, bo wychodzimy z zacienionego lasu:)

Do Śnieżnych Kotłów, pierwszego punktu, docieram w ok 70 minut, trochę poniżej limitu. Okej, przecież mam czas, a nie chcę się sfajczyć na pierwszych 6km, prawda?! Dodatkowo brzuch trochę boli, choć przecież się oszczędzam. Cieszę się, że zaraz zaczną się zbiegi, bo to coś co tygryski lubią najbardziej: wyprzedzać na zbiegach:)))

Na Kotłach napełniam 2 bidony (2 jeszcze pełne), próbuję jeść żel homemade od Blasa, ale smakuje do dupy i tylko mi po nim gorzej, więc ląduje w krzakach (tzn zawartość, nie opakowanie;)) Zaczyna się pierwszy dłuższy zbieg po „zielonych kamieniach”. Miało być tak pięknie, a tu woda chlupie w brzuchu, żołądek napieprza i w ogóle nie da się rozpędzić, o ile nie chcę wylądować w krzakach na kolanach. Damn it! Co jest?!

Maraton Karkonoski Maraton Karkonoski

Afryka i Robert na trasie

Maraton Karkonoski  - MagdaMagda Łączak prawie na finiszu

Na Przełęcz Karkonoską docieram nie w humorze, czuję się zmęczona, niedobrze mi, żołądek mam zmaltretowany. Pije full wody, napełniam na full bidony, zjadam żela izostara (niezły, nawet pomimo skrętu kiszek) i jedziemy dalej. Na Słonecznik. To chyba najgorszy odcinej jeśli chodzi o teren, najwięcej tu luźnych kamieni i nieregularności skalnych na drodze. Zaczyna się też mijanka z czołówką. Ależ oni naginają na złamanie karku! Susy z góry sadzą takie jak ze 3 moje kroczki. Widać, że im też jest ciężko.

Powoli rozkminiam co by było, jak bym zeszła i jak bym to właściwie miała zrobić, jak dotrzeć do auta itp. Nie wymyślam nic sensownego, więc drałuje dalej. Oby do Śnieżki (tak jakby tam czekało rozwiązanie problemów;)).

Wreszcie przy Domu Śląskim nawrotka. Bosz, dobrze że obcięli trasę o tą Śnieżkę, bo bym się chyba zapłakała. Znowu napełniam wszystkie 4 bidony, bo przewiduję, że czas miedzy kolejnymi punktami może się tylko wydłużyć. Dalej doskwiera mi chlupiacy brzuch pełen wody, ktora chyba w ogóle się nie przyjmuje. Powoli zaczynam czuć też stopy od kamieni. Miało być w miarę „gładko” z tego co słyszałam… Biegnę w Brooks Pure Drift, minimalistyczne buty to nie są, ale mają dość cienką i miękką podeszwę. Cascadia by tu lepiej pasowała, zwłaszcza na takie delikatne stopki…

Grrr, znowu drałuje w okolicach Słonecznika, tym razem z powrotem, w kierunku Przełęczy Karkonoskiej. Słońce centralnie daje w czambo. Dodatkowo dołuje fakt, że znajomych minęłam kawał czasu wcześniej (a miałam być przed!) i że w sumie chyba wlekę się w ogonie. Zbiegi dalej słabo wychodzą, choć możliwości do biegu jest wiele.

Asfalt na ok 30-tym km jakoś mijam nie wiem kiedy i dołączam do grupki facetów przede mną. Taka gadanina zawsze trochę odciąga od ponurych myśli. Po drodze obliczam, że nawet jak będę się wlec marszem do mety, to i tak zmieszczę się w limicie. Wprawia mnie to w dobry humor i z powrotem zaczynam sobie myśleć o trasie jak o wycieczce górskiej, która gdzieś tam się kończy. Panowie trochę marudzą, a ja jakby coraz lepiej się czuję i coraz bardziej wydłużam odcinki pokonane biegiem.

42kmandmore-20130803-1404P1000825-800pxKto by pomyślał, że ostatnie km będą najwspanialsze na tej trasie?!

Cud się zdarzył normalnie! Stopy przestały boleć, brzuch chyba też, w głowie kiełkuje mi już wizja mety, co daje mocnego moralnego kopa. Biegnę. I biegnę. I mijam. Mijam znowu. WTF?? Skąd te siły?? Czyżby żele się wchłonęły, a teraz zbieram dopiero tego żniwo???

Do punku na Kotłach biegnę niemal non stop. Na punkcie dziewczynka napełnia mi bidony, pytam sie „to ile do tej mety, bo ja juz nie wiem?” Mowi, ze 4km. CO?!! 4?!! Tylko 4!!! To nara! Olewam picie, czuje mega szczęście i moc, i wiem, że już nic mnie nie zatrzyma. No może zawał, więc hamuję się nieco, żeby nie paść po 2 km, ale nogi i tak same niosą. Rzeczywiście, tak jak mówili, od Kotłów do Szrenicy to istna autostrada! Doganiam kolejnych ludzi,którzy przed chwila majaczyli w oddali. Jak się okaże na mecie, od 31 kilometra wyprzedzam 60 osób czyli ok 10% startujących! Not too bad, jak na leszcza maratońskiego:)))

42kmandmore-20130803-1406P1000834-800px

Włączam muzę (tak, niosę plejer przez 38km, żeby sobie na koniec przygrać:)) i teraz do dopiero mnie rozpiera! Przedostatni podbieg na Trzy Świnki trochę mnie otrzeźwia, ale już widzę Blasa i słyszę jak się drze, to próbuję biec. Przybiegł po mnie niczym bosonogi Ted, bez butów, z siatką na plecach. Ależ to się nazywa poświecenie!

42kmandmore-20130803-1406P1000835-800px

42kmandmore-20130803-1408P1000843-800pxMarzyłam o tej chwili!

42kmandmore-20130803-1409P1000845-800pxOstatni zryw

I jest wreszcie ostatnia góra do pokonania – ze 200 metrów na czubek Szrenicy. Bosz, jak ciężko. Głowa chce, ale nogi coś nie teges.  Zrywam sie do biegu na ostatnich 50m, jak już finiszować, to z klasą!!! JEEEEST!!! Meta, medal, ludzie, Blas, woda, uśmiechy, znajomi, zimnie piwo, naleśnik. Jestem tak szczęślliwa, że w ogóle zapominam o bólu i słońcu.

42kmandmore-20130803-1409P1000847-800px

Czekałam na ten medal od 2008 roku (tzn maratoński medal), kiedy to biegłam swój pierwszy maraton i nabawiłam się traumy do tego dystansu. Wreszcie go zrobiłam. I to nie byle gdzie, tylko w Karkonoszach!!!!

Latam!

42kmandmore-20130803-1412P1000853-800px

42kmandmore-20130803-1712P1000862-800px Blogerki według wzrostu (i miejsca na mecie): Maraton3h, Ania biega i 42kmandmore

Złoty Półmaraton, Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich

Mija tydzień od mojego wyjazdu na pierwsze górskie zawody, więc czas na szybką relację z biegu. Cały festiwal DFBG rozpoczynał się w czwartek startem najdłuższego biegu w Polsce – ultramaratonu na 223 km i trwał aż  do niedzieli. Do wyboru było ściganie na dystansach od 10 do 223 km. Naturalnie wybrałam mój ulubiony, czyli półmaraton. Mężuś natomiast sięga coraz dalej (i wyżej), a więc tym razem poleciał na stówkę! Bieg K-B-L 100 km (Kudowa – Bardo – Lądek) startował w piątek wieczorem, a Złota Połówka w sobotę rano, mogliśmy więc bez problemu się wymienić na mecie/starcie w Lądku i przekazać sobie futrzaka do opieki. Idealna kombinacja na rodzinną wycieczkę!

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich

Rozgrzewka, a jakże. Trochę słaba wyszła tym razem.

Zanim dojechałam do Lądka Blas już dobiegł na metę… jako pierwszy na dystansie 100 km!!!  Niesamowita radość i duma i wielkie ŁAŁ!!! Mój Błażej pokonał tylu tylu innych wyjadaczy?! I to przy „treningu” jaki stosuje.. wiem, bo widzę na co dzień;) To jest dopiero MISZCZ!

Wygrana wygraną, ale ja miałam jeszcze 21 do zrobienia… Założeń co do biegu nie miałam żadnych, byle tylko nie przymulać za bardzo i nie przedłużać niepotrzebnie. Za radą Blasa i Danka – mocno doświadczonych już życiem na górskich trasach – planowałam

  1. frunąć ile wlezie na zbiegach,
  2. truchtać po płaskim,
  3. podchodzić lub biec w miarę możliwości na podejściach.

dfbg8373-800px dfbg8374-800px

Karnawał biegowy w Lądku

Start maratonu - Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich
Start! Prowadzi Marcin Świerc, tuż za nim Pan Burmistrz Lądka Zdroju

Start - Dolnośląski Festiwal Biegów GórskichStart Złotego Maratonu i Półmaratonu

W zasadzie mogę powiedzieć, że właśnie tak było!  W ogóle ani razu nie spojrzałam na zegarek, więc to były całkiem inne zawody niż np połówka po płaskim. Bliżej im było to biegowej wycieczki:) no może na troszkę większym tętnie niż taka wycieczka;) Biegło się świetnie, zero nudy czy odliczania minut do punktu. Cały czas się coś działo: czy to zbieg, czy drałowanie do góry (ała!), zdradliwe kamienie czy deptanie komuś po piętach bo biegniemy rządkiem po ścieżce a la single track.

profil_trasy_hm

Profil trasy Złotego Półmaratonu. Przewyższeń 889m

Najlepszą rzeczą na całym biegu były zbiegi! Zbiegi są fantastyczne! Po prostu spadasz i przebierasz nogami, żeby nadążyć za resztą. Te chwile kiedy tak fruniesz wynagradzają cały pot wylany na podejściu co się ciągnęło długie minuty. Mnie przypomniała się ta scena z Friendsów (totalnie właśnie tak musi wyglądać zbieg w moim wykonaniu):

„Biegnij jakby gonił cię Szatan. Pies sąsiadów.”

Czas na mecie: 2:31 h

Miejsce open: 60/120

Miejsce K30: 6/17

Na drugi dzień, w ramach oczekiwania na zakończenie festiwalu oraz rozruszania kości, wybraliśmy się na górę Trojak (Trojan?). Bagira była happy, że wreszcie ona też może się powspinać. Nawet pomimo żaru z nieba. Buhu, biedny futrzak!

dfbg8448-800pxBagira oczywiście nie przegapi okazji na dobry wspin

Wreszcie wybiła TA godzina, gdzie oczekiwaliśmy na tych najlepszych z najlepszych.

Koronacja - Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich

Koronacja panów biegu K-B-L 100km.

Zapamiętajcie tego w czerwonym, jeszcze namiesza na niejednym biegu:)))))

GRATULUJE BŁAŻEJEK!

IV Rybnicki Półmaraton Księżycowy

Chyba miałam jakieś przeczucie zapisując się na tę połówkę raptem tydzień po nocnym we Wrocku. Wyszło niby przypadkiem, kiedy to po wpłacie kasy za Wrocław okazało się, że miejsca się skończyły i do widzenia. Bardzo chciałam pobiec coś większego jeszcze w czerwcu, bo czułam, że kondycja się robi od czasu Kanarów, stąd szybka decyzja o starcie w Rybniku. Z Gliwic, skąd pochodzę, mam do Rybnika rzut beretem, a dodatkowo każda okazja jest dobra, żeby odwiedzić familię:)

Tak też do Rybnika pojechałam z Mamusią i Tatusiem. Aha, no i z Bagirą, a jakże. Sprawnie poszły pakiety, tojtoje, rozgrzewkowe 2-3km i podobne sprawy. Swoją drogą organizacja na mecie – pierwsza klasa. Zaplecze mniej więcej takie jak na wrocławskie 4 tysiączki biegaczy, a tu startowało “tylko” 900.

Godzina punkt 22:00 jedziemy! Pierwsze kółko (trasa miała 3x7km) spokojnie, puszczałam się “luzem” tylko na zbiegach. Trasa ciekawa, nieźle pozawijana, lekko pofałdowana,  dwa razy przebiegała przez rynek pełny piwkujących kibiców, dalej od centrum miejscami dość ciemna. Ogólnie podobało mi się, bo w ogóle nie było jednostajności. Na pierwszym kółku nieco się rozgrzałam, wkręciłam w mocne tempo, więc zaczęłam delikatnie podkręcać. Wśród kibiców oczywiście nieco mnie poniosło, ale co tam. Powoli systematycznie wyprzedzałam ludzików, na całej trasie okazało się, że wyprzedziłam ok 90 osób… not too bad🙂 Na trzecim kółku już wiedziałam, że przeżyję, więc postanowiłam dać z siebie wszystko. Niestety nie byłam jedyna z takim pomysłem – na trzecim zaczęła mnie wyprzedzać mocna grupa, która do końca już narzucała tempo. Do rynku było nieźle, na rynku oczywiście pofrunęłam jak na skrzydłach, żeby potem przypłacić to lekkim zgonem 3 km od mety. Zacisnęłam zęby i robiłam swoje. Czas się ciut zaczął dłużyć, ale wmówiłam sobie, że jest ok i w sumie co mam do stracenia, jak się jeszcze trochę przycisnę. Około kilometra od mety mijaliśmy chyba dworzec z wielkim zegarem na którym widniało: 23:49. Wiedziałam już, że złamię 2h, co było moim planem minimum. Razem z jedną dziewczyną zaczęłyśmy przyspieszać i wyprzedzać ludzi. Niestety 200m ona postanowiła wyprzedzić mnie;) Na metę wpadłam za nią, z niezłą pikawą i przeszczęśliwa!

Jest nowa życiówka: 1:55:06 h!

rybnik_mp_1

Amok na mecie. Czy ten pan tak się skaleczył na trasie?

rybnik_mp_2

“Bardzo Panu dziękuję za prawie zawał na ostatnich 100m!”

(zdjęcia pochodzą z portalu Maratony Polskie)

PS: dziękuję Rodzicom za doping i w ogóle!